57 lat temu tuż przed Świętami Bożego Narodzenia doszło do tragicznego wypadku pod Hubą

To była największa katastrofa drogowa na Podhalu w latach 60. XX wieku. 17 grudnia 1964 roku samochód ciężarowy jadący z Nowego Sącza do Nowego Targu po ładunek pomarańczy i cytryn zabrał po drodze 30 przygodnych pasażerów. W miejscowości Huba, 12 km od Czorsztyna doszło do tragedii. Samochód spadł z mostu do rzeki Dunajec. W wypadku zginęło 10 osób. Większość poniosła śmierć w wyniku utonięcia.

57 lat temu, 17 grudnia 1964 roku rano z Nowego Sącza do Nowego Targu wyjechał samochód ciężarowy STAR 20 należący do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Hurtu Spożywczego. Samochód jechał po ładunek pomarańczy i cytryn. Był to klasyczny samochód ciężarowy do przewozu towarów, który nie posiadał w środku ławek, a część ładunkowa była nakryta brezentową plandeką rozpiętą na metalowych pałąkach. W kabinie, oprócz kierowcy byli jeszcze technik handlowy i pracownik fizyczny do załadunku. Na odcinku między Nowym Sączem a Dębnem kierowca kilkakrotnie zatrzymywał się, zabierając przygodnych pasażerów. Ostatnia grupa wsiadła w Maniowach, tak że w chwili wypadku, w ładunkowej części ciężarówki znajdowało się około 30 osób.

Akta Sądu Wojewódzkiego w Krakowie, sygn. IV K 19/66, przechowywane w Archiwum Państwowym w Nowym Sączu/Fot. Marek Wojtaszek/staremaniowy.pl

Po wjechaniu w miejscowości Huba na drewniany most na Dunajcu, samochód wpadł w poślizg, przebił barierkę i z wysokości kilku metrów spadł do rzeki, przewracając się kołami do góry. Osoby jadące w kabinie oraz część pasażerów z tylnej części samochodu, wydostały się samodzielnie. Innym pomagali przypadkowi świadkowie, schodzący do leżącego w rzece samochodu, po filarze drewnianego mostu. Próbowano unieść ciężarówkę przy użyciu liny zaczepionej do innego samochodu ciężarowego, lina uległa jednak zerwaniu po podniesieniu i ciężarówka ponownie opadła do wody. Dopiero po przybyciu Straży Pożarnej udało się przewrócić STARA na bok. Z wody wyciągnięto osiem zwłok, dwie kolejne osoby zmarły w karetce. Do szpitala w nowym Targu przyjęto dziesięć innych osób z różnego stopnia obrażeniami.

Pomnik ofiar katastrofy drogowej pod Hubą /fot. Jan Węgrzyniak

Jak relacjonowali później świadkowie wypadku dzień w którym do niego doszło – 17 grudnia 1964 roku był mglisty, pochmurny, a asfaltowa nawierzchnia drogi była mokra. Na moście pokryta była cienką warstwą lodu z wtopionym żużlem, pochodzącym z posypywania poprzedniego wieczora. Droga tuż przed mostem biegła równolegle do rzeki, wchodząc na most prawie pod kątem prostym w lewo, kilkadziesiąt metrów wcześniej ustawiony był znak ograniczający prędkość do 20 km/h.

Biegły Polskiego Związku Motorowego powołany do określenia przyczyn wypadku, ustalił że prędkość samochodu przed wjazdem na most wynosiła około 40 km/h, a w chwili wchodzenia w zakręt 30 km/h. Kolejnymi oprócz nadmiernej prędkości przyczynami, było oblodzenie nawierzchni oraz przewożenie na pace ciężarówki dużej liczby osób. Wszyscy pasażerowie stali trzymając się pałąków podtrzymujących plandekę i przy każdej zmianie kierunku jazdy byli spychani na zewnętrzną burtę skrzyni ładunkowej, co miało wpływ na stabilność pojazdu. W chwili wjazdu na most samochód został zarzucony w prawo, na co kierowca zareagował odbijając kierownicą w lewo. Nie zmniejszyło to poślizgu i doprowadziło do przebicia barierki po lewej stronie i upadku samochodu do rzeki.

Akta Sądu Wojewódzkiego w Krakowie, sygn. IV K 19/66, przechowywane w Archiwum Państwowym w Nowym Sączu/Fot. Marek Wojtaszek/staremaniowy.pl

Badania ciał ofiar katastrofy były prowadzone w prosektorium szpitala w Nowym Targu, przez biegłych z krakowskiego Zakładu Medycyny Sądowej. Sekcje zwłok wykazały że tylko jedna osoba poniosła śmierć w wyniku poważnych obrażeń wewnętrznych, podczas gdy pozostałe zmarły wskutek utonięcia. Woda w miejscu upadku samochodu miała głębokość tylko jednego metra, ale samochód upadający kołami do góry, przygniótł do dna osoby znajdujące się na skrzyni ładunkowej. Lekkie pałąki metalowe nie stanowiły żadnej ochrony dla znajdujących się tam osób, jedyne bezpieczne miejsce znajdowało się tuż za kabiną kierowcy, która wystawała kilkadziesiąt centymetrów powyżej burty. Osoby stojące tuż za kabiną miały największe szanse przeżycia, dlatego prawdopodobnie zginęli głównie mieszkańcy Maniowych, którzy wsiadali jako ostatni i tym samym stali w tylnej części samochodu.

Akta Sądu Wojewódzkiego w Krakowie, sygn. IV K 19/66, przechowywane w Archiwum Państwowym w Nowym Sączu/Fot. Marek Wojtaszek/staremaniowy.pl

Kierowca samochodu został oskarżony o spowodowanie wypadku z ofiarami śmiertelnymi, przez przewożenie pasażerów w nieprzystosowanym do tego samochodzie i jazdę z nadmierną prędkością. Kierowca bronił się mówiąc, że podwożenie pasażerów nie miało celu zarobkowego, ale stosował się do zarządzenia ministra komunikacji, aby z uwagi na ciężką zimę kierowcy podwozili autostopowiczów. Istotnie, ówczesny minister komunikacji apelował o podwożenie ludzi stojących na przystankach, ale nie samochodami ciężarowymi. Kierowca został skazany na karę pięciu lat pozbawienia wolności.

Lista ofiar katastrofy:
Anna Polarczyk lat 27, zam. Maniowy
Jan Węgrzyniak lat 24, zam. Maniowy
Władysław Gier lat 26, zam. Maniowy
Anna Połaniec lat 25, zam. Maniowy
Anna Lisiura lat 25, zam. Maniowy
Aniela Plewa lat 62, zam. Maniowy
Jakub Plewa lat 68, zam. Maniowy
Franciszek Palica lat 68, zam. Maniowy
Stanisław Babuśka lat 52, zam. Łącko
Maria Ptaszek lat 36, zam. Ochotnica

Obecnie droga w miejscu wypadku przebiega inaczej, została przeniesiona wyżej w związku z powstaniem Jeziora Czorsztyńskiego i wchodzi na nowy most łagodnym łukiem. Będąc na miejscu można jednak zobaczyć przebieg starej drogi i miejsce w którym przekraczała rzekę. W pobliżu ustawiono pomnik z nazwiskami ofiar wypadku.

źródło: wikipedia.pl

Redakcja portalu staryczorsztyn.pl składa podziękowania Panu Markowi Wojtaszkowi za udostępnienie zdjęć z wypadku znajdujących się w aktach Sądu Wojewódzkiego w Krakowie (udostępnionych na stronie maniowy.net) oraz Panu Janowi Węgrzyniakowi za udostępnienie zdjęć pomnika ofiar katastrofy drogowej pod Hubą.

Przeczytaj także: Elżbieta Semczuk: „Na beczkach” w Czorsztynie tętniło życie. To była wymarzona „miejscówka” na wakacje! Tutaj poznałam mojego męża – Stary Czorsztyn

Shares

Mecenasi portalu: