Previous
Next

Kolonie FABLOKU. Tak wyglądały wakacje dzieci w Czorsztynie przed powstaniem jeziora cz. II

Po blisko dziesięcioletniej przerwie Zofia Kubica wróciła do Czorsztyna w 1981 roku. Tym razem przyjechała już razem z mężem. Oboje pełnili funkcję kierownictwa kolonii. Przez kolejną dekadę wspólnie organizowali wakacyjny wypoczynek dla setek dzieci pracowników FABLOKU.

Był to czas, gdy zakład z Chrzanowa należał do największych przedsiębiorstw przemysłowych w kraju i prowadził rozbudowaną działalność socjalną. Dzieci pracowników wyjeżdżały nie tylko do Czorsztyna, ale również nad morze. W ramach wymiany do Pienin przyjeżdżały natomiast grupy dzieci z północnej Polski.  Jedna z takich kolonii w Gdyni (dzielnica Mały Kack), zorganizowana przy współpracy z PLO (Polskie Linie Oceaniczne) z Gdyni. Bazą kolonii była szkoła położona w bliskości większości trójmiejskich atrakcji.  Sama Zofia Kubica wielokrotnie wyjeżdżała również jako wychowawczyni na kolonie nad Bałtykiem. Podróż odbywała się pociągiem, a dzieci mieszkały najczęściej w budynkach szkolnych przygotowanych na wakacyjny sezon.

Dzień rozpoczynał się muzyką

Każdy dzień na kolonii miał swój ustalony rytm. Pobudka następowała o godzinie siódmej rano. Większość kolonii w tamtych czasach budziły głośne sygnały z radiowęzła, jednak w Czorsztynie było inaczej.
– Zamiast gongu puszczaliśmy muzykę – wspomina Zofia Kubica.

Było to możliwe dzięki współpracy z pracownicą katowickiej rozgłośni radiowej, która udostępniała nagrania harcerskiego zespołu muzycznego Słoneczni. Dla dzieci pobudka przy piosenkach była znacznie przyjemniejsza niż dźwięk alarmowego dzwonka.

Po porannej gimnastyce i toalecie odbywał się apel i następnie wszyscy szli na śniadanie, po którym rozpoczynały się zajęcia. Jednego dnia uczestnicy wysyłali kartki i listy do rodziców, a była to cała wyprawa. Poczta znajdowała się w starym Czorsztynie, niedaleko był kiosk Ruchu, gdzie kupowało się pocztówki, a na niedalekiej poczcie znaczki pocztowe. Innego dnia wybierali się na pieszą wycieczkę lub przygotowywali program wieczornego ogniska.

Bez obowiązkowej „ciszy poobiedniej”

Po obiedzie nie obowiązywała znana z wielu kolonii rygorystyczna cisza poobiednia.
– U nas był po prostu czas wolny – opowiada.

Po podwieczorku dzieci wychodziły w teren, grały w siatkówkę, uczestniczyły w grach i zabawach albo przygotowywały się do wieczornego ogniska. Szczególny charakter miały uroczystości organizowane z okazji 22 lipca. Na takie ogniska przyjeżdżali przedstawiciele FABLOKU z Chrzanowa.

Wieczorami życie kolonii przenosiło się do jadalni. Dwa lub trzy razy w tygodniu odbywały się tam dyskoteki, które dla starszych uczestników były jednym z najbardziej wyczekiwanych punktów programu.

Spływ Dunajcem i wycieczki, za które dzieci nie płaciły

Program kolonii był niezwykle bogaty. FABLOK finansował wszystkie wycieczki organizowane podczas turnusu. Na kolonie przyjeżdżał autobus z Chrzanowa i zabierał dzieci na spływ Przełomem Dunajca, do Szczawnicy, Zakopanego, Wąwozu Homole. czy na wyjazdy do Czechosłowacji. Turnus trwał trzy tygodnie, a uczestnicy nie ponosili żadnych dodatkowych kosztów związanych z wycieczkami.

Dla wielu dzieci był to pierwszy kontakt z górami, pierwszy spływ tratwami i pierwszy kontakt z prawdziwym wiejskim życiem i krajobrazami.

Międzynarodowe kolonie pod zamkiem

Kolonie organizowane przez FABLOK miały również międzynarodowy charakter. Do Czorsztyna przyjeżdżały dzieci z Francji w ramach współpracy przedsiębiorstwa z miastem Harnes. Pobyty trwały nawet miesiąc, a polscy wychowawcy poznawali zwyczaje swoich zagranicznych podopiecznych.

– Trochę mieliśmy pracy, bo uczyliśmy się ich zwyczajów. To było coś zupełnie innego niż polskie kolonie – wspomina.

W kolejnych latach na Nadzamczu wypoczywały również dzieci z Niemiec z miasta Dessau, Nikopola w Związku Radzieckim (obecna Ukraina – region dniepropietrowski) oraz Czechosłowacji z miasta Humenne. Wakacyjne turnusy stawały się miejscem spotkań młodych ludzi z różnych krajów i kultur.

Rodzice przyjeżdżali w odwiedziny

Kolonie trwały trzy tygodnie i czasem rodzice odwiedzali na nich swoje dzieci. Przyjeżdżali rano, wspólnie spędzali cały dzień, zabierali je na spacer lub wycieczkę, a wieczorem odwozili z powrotem do ośrodka. Była to okazja do krótkiego rodzinnego spotkania, ale także do zobaczenia miejsca, w którym dzieci spędzały wakacje.

Marychna, domki i barak

Baza kolonijna nie należała do luksusowych, ale doskonale spełniała swoją funkcję.
Willa „Marychna” była dwukondygnacyjnym budynkiem z czternastoma  pokojami dla dzieci. FABLOK dysponował również dwunastoma domkami kempingowymi mieszczącymi od sześciu do ośmiu osób. Nie było przy nich łazienek ani toalet. Z umywalni i stołówki trzeba było korzystać w innym miejscu.

Kolejnym obiektem był tzw. barak przy ulicy Zamkowej, gdzie jednego roku Zofia Kubica wraz z koleżanką prowadziły dwie grupy liczące po około trzydzieści–czterdzieści dzieci. W jadalni, oprócz stołów i kuchni, znajdował się również stół do ping-ponga, który niemal nigdy nie stał pusty (lata 1966-67). FABLOK wynajmował także pokoje w Willi Jasna należącej do rodziny Mikołajowiczów.

Góralki gotowały obiady, a pan Brożek przywoził wodę

Przy organizacji kolonii Fabloku na Nadzamczu pracowali także mieszkańcy Czorsztyna. Posiłki przygotowywały miejscowe góralki mieszkające w pobliżu ośrodka, natomiast wodę regularnie dostarczał pan Brożek. To właśnie oni tworzyli codzienność kolonii i byli dobrze znani kolejnym pokoleniom dzieci przyjeżdżających z Chrzanowa.

Czorsztyn zmieniał się z roku na rok

Największą zmianą, jaką Zofia Kubica obserwowała przez trzydzieści lat, był rozwój samego Czorsztyna.  Najpierw była to spokojna wieś z kilkoma budynkami i polnymi drogami. W latach osiemdziesiątych rozpoczęły się przesiedlenia mieszkańców Starego Czorsztyna, powstawały nowe domy, sklepy i rozwijała się infrastruktura.

Kiedy zakończyła pracę na koloniach w 1991 roku, Nadzamcze wyglądało już zupełnie inaczej niż w czasach jej dzieciństwa. Kilka lat później utworzenie Jeziora Czorsztyńskiego przyniosło prawdziwy rozkwit turystyki.
– Od lat dziewięćdziesiątych przyjeżdżało coraz więcej turystów. Po powstaniu jeziora było ich już naprawdę bardzo dużo – wspomina.

„Piękne czasy…”

Choć od tamtych wakacji minęły dziesięciolecia, Zofia Kubica wciąż wraca do Czorsztyna. Najpierw przyjeżdżała jako dziecko, później jako wychowawczyni, a kiedy zakończyła pracę na koloniach, zaczęła odwiedzać Nadzamcze z własnymi dziećmi i wnukiem. Pokazywała im miejsca, gdzie stały namioty i domki kempingowe, gdzie odbywały się apele i ogniska oraz gdzie przez wiele lat spędzała najpiękniejsze wakacje swojego życia.

– Bardzo ciepło wspominam ten Czorsztyn z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To były piękne czasy. Dziś wracamy tam, kiedy tylko możemy – mówi na zakończenie swojej opowieści.

Dla Zofii Kubicy – podobnie jak dla wielu uczestników kolonii organizowanych przez Fablok na czorsztyńskim Nadzamczu – dawny Czorsztyn pozostaje przede wszystkim krainą dziecięcych wspomnień. To czas pieszych wędrówek po dnie dzisiejszego Jeziora Czorsztyńskiego do zamku w Niedzicy, wypraw na wulkaniczną górę Wdżar, która wówczas zachwycała swoim naturalnym, niezagospodarowanym krajobrazem, czy letnich dni spędzanych na plażach pod Halką i Zielonymi Skałkami. W pamięci pozostały również uroczystości organizowane pod pomnikiem „Grające Organy” autorstwa Władysława Hasiora, obecność żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza stacjonujących u podnóża góry zamkowej, stare zabudowania i spichlerz nad Dunajcem, a także skróty prowadzące przez Harczy Grunt obok chatki pustelnika do zamku w Niedzicy. Nie sposób zapomnieć także wypraw do starego Czorsztyna na lody i charakterystyczną cytrynadę sprzedawaną w foliowych woreczkach. To właśnie z takich drobnych, codziennych obrazów utkane są najcenniejsze wspomnienia o miejscu, którego już nie ma, ale które w pamięci wielu osób wciąż pozostaje żywe i pełne wyjątkowego uroku.

Materiał oryginalny. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie artykułu tylko za zgodą redakcji (MMC)

Shares

Mecenasi portalu: