Są miejsca, do których się wraca z sentymentu i potrzeby serca. Dla mnie takim miejscem od ponad czterdziestu lat jest Czorsztyn – niezmiennie związany z Pieninami, młodością, ludźmi i prostym szczęściem. Moja historia z tym regionem zaczęła się przypadkiem… i jak to często bywa – przez dziewczyny.
Początek drogi: namiot, Mizerna i Zielone Skałki
W 1982 roku, pamiętam bo otrzymałem prawo jazdy, razem z kolegą ruszyliśmy w rejony związane z Wrocławską Oazą. Oficjalnym celem była Mizerna, ale prawdę mówiąc – bliżej nam było do obecnych tam koleżanek niż do spotkań oazowych. Los zaprowadził nas do Czorsztyna, gdzie znaleźliśmy pole namiotowe naprzeciwko Zielonych Skałek.
To miejsce wracało do mnie jeszcze wielokrotnie. Najpierw były kolejne namioty, potem ośrodek „Pod Beczkami”, następnie pole żeglarskie już po powstaniu zbiornika, aż w końcu kwatery w samym Czorsztynie. Tak naprawdę Czorsztyn przewija się przez całe moje życie.
Proste szczęście i góralska codzienność
Pierwsze wyjazdy ze znajomymi, później z żoną, dziećmi… Pamiętam moment, gdy kupiliśmy psa – tego samego, który później pilnował stada owiec na Dolnym Śląsku.
Były poranki, które dziś brzmią jak legenda: góralki przynoszące na pole namiotowe świeże bułki z masłem i oscypkiem. Najtańsze i najsmaczniejsze śniadania świata. Były wizyty górali z domowymi trunkami i restauracja „na rogu” (Restauracja Pieniny, kiedyś Gospoda Sperlinga), gdzie daniem dnia były ziemniaki z kefirem. Niewiele trzeba było do szczęścia.
Zbiornik, zmiany i mierzenie się z przeszłością
Po powstaniu zbiornika wróciłem, żeby samemu zobaczyć zmiany – ale też zmierzyć się z własną historią młodości. Najlepiej robi się to w drodze. Jedna z najważniejszych wypraw odbyła się z moim synem mi to bez mamusi, za to z namiotem i męską rozmową. Dwaj faceci, droga i Czorsztyn.
Minęło od tego czasu ponad 20 lat, a on wciąż to wspomina. Dziś przyjeżdża tu już ze swoją żoną. Po kilku latach powtórzyłem tę wyprawę z młodszym synem – również na motocyklu i również pod namiotem.
Czorsztyn dawniej i dziś
Dziś bywam tu często, nawet dwa razy w roku. To moje drugie miejsce na ziemi, mimo że od pierwszej wizyty minęło już ponad 40 lat.
Zmiany są ogromne. Półwysep ze skansenem – kiedyś klimatyczne, niemal magiczne miejsce – przeobraził się w małe miasteczko, a sam skansen powoli popada w ruinę.
Dla mnie największą różnicą jest to, że ze starego Czorsztyna szło się do zamku pod górę, dziś z nowego w dół.
Wschód słońca na Wdżarze
Jeśli tylko zdrowie pozwoli, także w tym roku wsiądę na dwa kółka i znów zawitam do Czorsztyna. Usiądę na hali, popatrzę w dal i – jak zawsze – wrócą wspomnienia. Może nawet łza zakręci się w oku, gdy przypomnę sobie wschód słońca na pustej górze Wdżar.
Bo Czorsztyn to nie tylko miejsce na mapie. To czas, ludzie i emocje, które zostają na całe życie.
Bogdan Bogielczyk
























