
Na łące między domem a kempingiem. Wiosna 1972
Smak lodów noszonych w termosie, koza wypijająca piwo z kufli, dziecięcy śmiech przy karuzeli „Pod Zieloną” i ostatnie spojrzenie na dom, z którego zostały tylko ściany – Ryszard Knurowski zebrał w kolejnej opowieści świat, który zniknął bezpowrotnie pod wodą. To poruszający powrót do Czorsztyna sprzed zalania, gdzie codzienność miała smak, zapach i twarze bliskich, a po latach zostały już tylko wspomnienia silniejsze niż czas i miejsce, którego próżno dziś szukać na dawnej mapie.

Czorsztyn Skrzyżowanie – most na Kluszkowiance 1968 r. Na zdjęciu Albina i Stanislaw Knurowscy z wnukami z USA i moja mama
W Starym Czorsztynie było kilka miejsc których wspomnienie mimo upływu ponad 40 lat wciąż jest dla mnie żywe i wraca zawsze gdy pomyślę o tamtym Czorsztynie lub kiedy odwiedzam tamte tereny. Do takich miejsc należała lodziarnia u Błachutów, gdzie nieraz z całą rodziną chodziliśmy na pyszne lody. Czasem tata lub wujek biegali do tej lodziarni z termosem i przynosili lody do domu. Lodziarnia znajdowała się przy drodze prowadzącej w stronę Niedzicy za skrzyżowaniem po lewej stronie. Z drogi podchodziło się do niej nieco pod górkę. Przed okienkiem gdzie wydawano lody były ławeczki i stoły. Smak tych lodów mam do dzisiaj w ustach jak by to było wczoraj.
Tą samą drogą często szliśmy też do kościoła. Nieduża kaplica flisacka, stojąca na skale naprzeciwko drogi na Nadzamcze, była częścią naszego codziennego rytmu. Tam prowadziły rodzinne spacery, rozmowy, zwykłe niedziele.
Moja mama, Ludwika, po ślubie pracowała przez jakiś czas w sklepie GS-u na skrzyżowaniu. Tata był kuśnierzem i dojeżdżał do pracy do Nowy Targu. To była zwyczajna codzienność – praca, dom, rodzina – ale dziś widzę w niej coś niezwykłego.

Pod Zielona plaża i Dunajec za fotografem 1973 r
Małe historie, które zostają na zawsze
Dzieciństwo składało się z drobnych, czasem zabawnych epizodów, które zapadły w pamięć na całe życie. Pamiętam, jak babcia Albina Knurowska kupowała nam czekoladę z drobnymi orzechami w gospodzie „U Szperlinga”. To były prawdziwe rarytasy.

Przy ogródku dziadka. W tle stacja benzynowa
Tata opowiadał, jak chodził z kolegami na piwo do gospody i przychodziła tam koza od mieszkającej na tyłach gospody staruszki – “starej Plewinki” jak mówił o niej tata. Koza podchodziła do stołów i wypijała im piwo z kufli. Wystarczyło, że ktoś na moment odszedł od stołu, wystarczyła chwila nieuwagi. Dziś brzmi to jak anegdota, ale wtedy było częścią codzienności.
Pamiętam też jeden majowy dzień – babcia znalazła na drodze chorągiewkę i dała mi ją do ręki. Zabrała mnie na obchody pierwszomajowe przy „Skrzyżowaniu”. Dla dziecka to było wydarzenie – kolor, ruch, ludzie. Na Snozce, pod pomnikiem Hasiora, spotykaliśmy się natomiast z rodziną z Kluszkowiec. Ognisko, pieczone ziemniaki, rozmowy – proste chwile, które miały swoją magię.

Pod Zielona plaża i Dunajec za fotografem 1973
„Pod Zieloną” i nad Dunajcem
Jako dzieci często chodziliśmy z rodzicami i dziadkami „Pod Zieloną” – za plażę nad Dunajcem, do niewielkiego lasku. Była tam karuzela i huśtawki. Dla nas to było centrum świata. Jesienią wracaliśmy tam, by zbierać opadłe liście. Pakowaliśmy je na mały wózek ciągnięty przez dwie dorosłe osoby i przywoziliśmy je do domu. Dziadek tymi liśćmi ścielił w stajni pod krowami, bo słomy było niewiele i czasem brakowało. Pamiętam też niedzielne spacery do Maniów, kiedy to szliśmy drogą wzdłuż Dunajca, aby odwiedzić rodzinę.

Plaza nad Dunajcem Pod Zielona. Wiosna 1973
Gdy wszystko zaczęło znikać
Budowa zapory zmieniła wszystko. Dużo mieszkańców opuściło na zawsze te tereny. Mój tata w 1974 r. kupił dom pod Wieliczką i tu się przeprowadziliśmy. Rok lub dwa później najmłodszy z braci, Roman z rodziną i dziadkami również przyjechali w okolice Wieliczki kupując dom w odległości 8 km od naszego.
Mimo przeprowadzki często wracaliśmy do Czorsztyna. Odwiedzaliśmy tych, którzy zostali – rodzinę, przyjaciół, znajomych. Część z nich mieszkała na tzw. Nadzamczu, część w Kluszkowcach i Maniowach. Pokazywaliśmy też to miejsce nowym znajomym z okolic Wieliczki, których rodzice poznali w nowym miejscu zamieszkania. Pokazywaliśmy im piękno terenów, które niebawem zniknęły pod wodą.

Na lace miedzy domem a kempingiem Pod Zielona. Wiosna 1972
Powrót do pustki
W drugiej połowie lat 80. przyjechałem do Czorsztyna z bratem i kuzynem na tygodniową wycieczkę rowerową podczas wakacji. Teren był już w większości opustoszały. Z kempingu “Pod Zieloną” niewiele zostało – była jeszcze kamienista plaża nad Dunajcem, ale z placu zabaw usytuowanego przy kempingu obok plaży, na którym była karuzela i kilka huśtawek nic nie zostało – wszystko zarosło chaszczami. Dom, w którym mieszkaliśmy jeszcze stał, ale teren był ogrodzony i zamknięty. Przez okna było widać, że ktoś (pewnie budowniczowie zapory) zrobił w nim sobie jakieś magazyny, bo było widać jakieś sprzęty, deski, szafki itp. Niestety nie mam żadnych zdjęć z tej wycieczki.
Ostatni raz przed zalaniem byłem tam w 1992 r. z moją obecną żoną i jej siostrą, z ich dwiema dużo młodszymi kuzynkami i moim najmłodszym bratem, który urodził się już w Krakowie.
Nocowaliśmy wtedy pod namiotami na podwórku u przyjaciela rodziny Jana Jankowskiego w Łąkcicy, obecnie należącej do Krościenka (sama nazwa Łąkcica już obecnie nie funkcjonuje, miejsce to jest częścią Krościenka). Pan Jasiu swego czasu pracował w Czorsztynie w sklepie i bardzo się zaprzyjaźnił z dziadkiem i tatą, był częstym gościem w naszym domu.

Stanisław Knurowski i jego dom
Kiedy dojechaliśmy do Czorsztyna na Nadzamcze, poszliśmy na zamek, a później na dół do centrum Starego Czorsztyna na „Skrzyżowanie”. Wjazd w stronę Kluszkowiec był odgrodzony siatką, a drogą od Niedzicy w stronę Maniów jeździły wielkie ciężarówki i woziły jakieś kamienie lub gruz, wysypując je nieco za byłymi “włościami” moich dziadków w miejsce gdzie płynęła rzeka.
Cały teren wokół skrzyżowania był pilnowany przez żołnierzy. Kiedy się tam pojawiliśmy, od razu jeden podbiegł i kazał nam zawrócić, ale po krótkiej rozmowie powiedział, żebyśmy byli ostrożni i pozwolił nam pójść dalej, żeby ostatni raz popatrzeć na dom lub raczej na to, co z niego zostało. Z domu został tylko parter, a całe podwórko było gęsto zarośnięte pokrzywami.
Zdjęcia, które wtedy zrobiłem, nie przetrwały – zniszczyły się podczas remontu dachu w domu, w którym dziś mieszkam. Zostały tylko te starsze, przechowywane przez tatę. I wspomnienia – których nie da się zniszczyć – kończy swoją opowieść Ryszard Knurowski.

Dom rodziny Knurowskich
Te wspomnienia to coś więcej niż zapis minionych chwil – to opowieść o świecie, który odszedł, ale nie przeminął. W pamięci dawnych mieszkańców wciąż żyje Czorsztyn pełen codziennych drobiazgów: smak lodów u Błachutów, śmiech przy karuzeli „Pod Zieloną”, zapach ogniska na Snozce i zwykłe, rodzinne spacery wzdłuż Dunajca. To właśnie te proste momenty – rozmowy, gesty, wspólne bycie razem – okazały się najtrwalsze.
Choć domy zniknęły, drogi zarosły, a całe krajobrazy przykryła woda, nie dało się zatopić tego, co najważniejsze. Pamięć ocaliła ludzi, ich historie i emocje. Każdy powrót do tych miejsc – nawet jeśli już tylko w wyobraźni – jest próbą zatrzymania czasu, uchwycenia świata sprzed zmian, które przyszły nieuchronnie.

Zdjęcie z równi pod zamkiem. Drugi z prawej stoi Wacław Knurowski. Zdjęcie zrobione podczas wesela koleżanki z klasy
Dziś Czorsztyn istnieje inaczej – nie tylko na mapie czy pod taflą jeziora, ale przede wszystkim w sercach tych, którzy go pamiętają. I może właśnie dlatego te wspomnienia mają taką siłę – bo pokazują, że prawdziwego domu nie da się zburzyć ani zalać. On trwa tam, gdzie ktoś wciąż potrafi przywołać jego obraz, zapach i smak.
Ryszard Knurowski





























